poniedziałek, 18 września 2017

Miałam wypadek samochodowy w Casablance

Moi rodzice wstrzymali oddech, gdy tylko usłyszeli ode mnie tę wiadomość. Byłam wtedy w Maroku, na wyjeździe, o którym decyzja padła w ostatniej chwili i nie miałam wtedy ubezpieczenia. Aby opisać Wam to doświadczenie, które miało miejsce w 2011 r. noszę się już od 2 lat. Aż w końcu się na to zebrałam. Ruch drogowy w krajach arabskich i wielu innych afrykańskich czy azjatyckich zasługuje na to by trafić do jednego wora - to istny Sajgon, o którym już dawno pisałam. Łamanie przepisów drogowych, wyjeżdżanie poza linie pasa, wymuszanie pierwszeństwa no i klakson numer jeden sposobem na przetrwanie. Będę generalizować i to jeszcze jak. Skąd u Marokańczyków czy innych Arabów taka niechęć do kultury jazdy, do szanowania innych uczestników ruchu i do przepisów, które powstały tylko po to by zapewnić bezpieczeństwo? To wygląda jakby wynikało to z… ich kultury. No bo niby z czego? Sorry, ale w Europie to bardziej się trzymamy przepisów. Choć niestety wypadki i tak zdarzają się na drogach całego świata.

Miałam wypadek samochodowy w Casablance

Obserwując Marokańczyków podczas tej szalonej jazdy po mieście początkowo zauważyłam, że mimo tego czują się w swoim żywiole. Potrafią sobie w takich warunkach doskonale poradzić, gdyż są ich codziennością. Sama marokańska teściowa każdego dnia ze spokojem wyjeżdża na dzikie ulice miasta.  Zamiast duszy na ramieniu ma dłoń na klaksonie i to jej wystarczy. Za to w Hiszpanii drży ze strachu przed tym, że wszystko jest tam tak poukładane, i że stoli tyle znaków, przez co się w nich gubi. Nigdy nie odważy się pojechać po hiszpańskiej autostradzie. Zawsze trzeba ją wozić.

Miałam wrażenie, że wypadki rzadko co im się zdarzają. Bo wystarczy, że przed jazdą się pomodlą, nakreślą palcem wersety z Koranu na ścianie w domu czy na masce samochodu a Bóg / Allah będzie ich bezpiecznie prowadził, mimo ich drogowej samowolki. Jadąc z nimi nic ci się nie stanie. Powiem, że teraz nie byłabym tego taka pewna.

Listopad. Rok 2011

Stało się to w Casablance. Najbardziej ruchliwej metropolii Maroka. Całe szczęście, że nie na autostradzie łączącej ją z Rabatem. Także nie stało się w godzinach szczytu, kiedy to wjeżdżając na wielkie skrzyżowanie w środku miasta masz wrażenie, że samochody pchają się jeden na drugi. Ani też przy wjeździe do portu, kiedy ulica przecina trasę, po której nieustannie jeżdżą jeden za drugim budzące postrach tiry wiozące na statki miliony ton ładunku. Gdyby doszło do tego w którymś z wymienionych miejsc to prawdopodobnie nie byłoby tego bloga. Nie przyszedłby na świat mój obecnie 10 miesięczny maluch. Całe szczęście mogę o tym po latach napisać.

Stało się to nocą. W centrum miasta. Na rondzie przy kościele Notre Dame de Lourdes. Na prawie pustej drodze. To było zwykle wyjście wieczorne we trójkę do klubu. Jak to bywa, nic nie zapowiadało jego finału. Volkswagen Golf też nie był nasz tylko osoby co z nami była na dodatek służbowy.

Dynamiczna i wirująca atmosfera klubu, półmrok, bardzo głośna muzyka, przez którą, żeby w ogóle móc rozmawiać, trzeba było się przekrzykiwać, na dodatek kaleczonym angielskim płynącym zarówno od nie go jak i ode mnie nie mogłam ocenić kto co zamówił do picia.

Marokańczycy raczej alkoholu pić nie będą. Ale w nocnych klubach się go sprzedaje. W karcie menu jest dokładne ostrzeżenie co zawiera alkohol a co świnkę. Istnieją też piwa bezalkoholowe. Cały czas byłam pewna, że takie zamówił nasz kierowca.

Kiedy wracaliśmy do domu nasz kierowca i O siadali z przodu. Ja byłam się z tyłu za pasażerem. Było już późno i byłam zmęczona. Gapiłam się na drogę, ale nie zwracałam wagi na to co się na niej dzieje. Uciekłam gdzieś swoimi myślami i prawie zaczęłam przysypiać.

Kierowca jechał normalnie. Innych samochodów o tej porze było niewiele. Przejechaliśmy jakiś tunel pod inną ulicą by za chwile stanąć na światłach przed wjazdem na rondo poprzecinane ulicami, pełne wysepek. Było czerwone, więc czekaliśmy. Na sąsiednim pasie zatrzymała się obok niewielka Honda Civic. My byliśmy z lewej a oni z prawej strony. Za nią jechał chyba jeszcze jakiś Peugeot.

Zapaliło się zielone. Oboje równolegle ruszyliśmy.

Nagle pisk opon przerwał mój spokój. Poczułam gwałtowny skręt. Tak szybki, że nie pamiętam już na którą stronę. Szarpnęło nami. Potem silne uderzenie i dźwięk obijanej blachy. Pierwsze, drugie, trzecie i czwarte. Ze wszystkich czterech boków auta. Kręciliśmy się wokół własnej osi i to nie był urywek sekundy tylko o wiele, więcej sekund. 
Już czułam, że stanie się to co ma się stać i na nic nie mam wpływu. Ani kierowca ani ja nie powstrzymamy obracającego się Golfa nawet chwytaniem się za boki. Kiedy to się skończy i jak? – obawiałam się przez ten moment. Jedyne co mogłam zrobić to szybko się skulić.

Całe szczęście, że byliśmy zapięci w pasy.

W momencie ostatniego uderzenia Golf się w końcu zatrzymał. Wreszcie koniec. Podnoszę głowę, patrzę na siebie, wczuwam się w swoje ciało. Chyba wszystko jest w porządku. Wydaje się, że jestem cała. Mogę się ruszać, nic mnie nie boli choć jestem trochę oszołomiona. Chyba nie mam wstrząsu mózgu. Nasz kierowca nagle zniknął. Wystrzelił z samochodu jak rakieta kiedy tylko staną. Zostawił otwarte drzwi i gdzieś pobiegł.

Odpięłam się z pasów. Otworzyłam drzwi i wygramoliłam się na zewnątrz. Cholera. O. jeszcze jest w środku, siedzi z przodu obok kierowcy. Jest trochę otumaniony. Wołam do niego aż dochodzi do siebie. Próbuję mu pomóc otworzyć jego drzwi. Szarpię je. Nie udaje się. Są wgniecione. Mówię mu, by przeczołgał się na stronę kierowcy i tamtędy wyszedł. Tak też zrobił.

Nic mu się nie stało. Miał tylko trochę obitą prawą dłoń. W momencie uderzenia miał rękę zgiętą w łokciu i podniesioną do góry, bo trzymał się za uchwyt u góry drzwi. Trochę boli kiedy porusza ale powinno przejść.

Zauważyłam, że znaleźliśmy się na wysepce po prawej strony ronda. Przelecieliśmy przez podrzędną ulicę. Zatrzymała nas lampa usytuowana na tej wysepce. Ogarniam otoczenie i odkrywam w jaki sposób nas odrzuciło. Samochód ma obite wszystkie cztery strony, jedne mniej, drugie bardziej. Na asfalcie widać czarne ślady opon. Pierwsze uderzenie – nastąpiło z tamtym samochodem. Drugie chyba też. Trzecie, akurat od mojej strony to walnięcie o krawężnik i wpadniecie na tę wysepkę. Kurczę, jaki on wysoki. Chyba z 30 cm. Jak mogliśmy wlecieć tak wysoko? Koło, którym auto o niego zaryło jest całe zmiażdżone. Pęknięta opona. Po drodze obtarcie o znak drogowy. Czwarte to lampa, która nas zatrzymała.


Miałam wypadek samochodowy w Casablance

Służbowy Golf pewnie nadaje się do kasacji. Ale dzięki Bogu, ze my jesteśmy cali. To chyba dlatego, że mieliśmy zapięte pasy. Dlatego teraz przerywam i Was uprzedzam – zapinajcie je zawsze!

Tylko gdzie pobiegł kierowca?! Pewnie szukać Hondy, z którą się zderzyliśmy. Ona też gdzieś zniknęła. Niewątpliwie to ta, która ruszała obok nas po lewej na światłach.

Czyżby uciekli z miejsca wypadku?

Nagle otoczyła nas grupa facetów. Tacy typowi Marokańcy co siedzą w grupach na pod blokami dniem i nocą, nie maja nic do roboty i się nudzą. Pytali się czy nic nam się nie stało, czy w czymś pomóc. Nie rozumiałam co gadali. Chyba chcieli dzwonić na policję.

Ale tak naprawdę to przyszli tu, bo wreszcie coś się dzieje. Sensacja! Taki wypadek to dla nich rozrywka. W sumie zawsze i wszędzie świadkowie tak reagują na wypadek. Ale oni przykleili się nas aż do samego końca, wtrącali się we wszystko. Zaczęli bawić się w detektywów by rozwikłać przyczyny wypadku.

Jeden z nich wskazał na kamerę wiszącą na lampie. Wszystko się nagrało i policja będzie mogła ustalić jak to było i kto zawinił. Zorientowali się, że Honda uciekła więc jej kierowca będzie miał za to przechlapane, gdyż wszystko się zarejestrowało. Winny!!! – to było pierwsze przypuszczenie.

Drugi facet znalazł coś na ulicy, przyniósł to i rzucił nam do stóp To był… cały zderzak tej Hondy. Jego koledzy poznajdowali inne części, które od niej odleciały. Jakiś kawałek lusterka czy lampy. Mamy nagranie, mamy dowody – będzie się działo! Emocjonowali się tym ci faceci.

Ale policji jak nie ma tak nie ma.

W końcu przyszedł nasz kierowca a po chwili podjechał do nas Peugeot, co stał za nami na światłach. Wysiedli z niego młody chłopak i dziewczyna. Powiedzieli, że są znajomymi dziewczyn, które jechały Hondą co się z nami puknęła i zgubiła zderzak. Jechali razem dwoma samochodami. One się trochę przestraszyły, odruchowo odjechały ale nie zamierzają uciec z miejsca. Zaraz wrócą. Tzn, nie zrozumiałam (bo język) tego tylko zaobserwowałam co było dalej i tak to zrozumiałam.

W końcu przyjechała Honda. Trochę mniej potłuczona od nas, bo mogła jeszcze jechać, choć bez zderzaka. Wysiadła z niej dziewczyna. Na jej widok ci wszyscy arabscy faceci, świadkowie wypadku  zaczęli wołać: uuuuuu , fiu fiu czy ten znienawidzony przeze mnie skszyyyyyy i cyt cyt. 

Zastanawiam się czy dlatego, że była podejrzana przez nich o ucieczkę z miejsca wypadku czy dlatego, że była młodą, atrakcyjną i ubraną po europejsku, bez chusty Marokanką. Ona tylko szła z poważną i wkurzoną miną nie oglądając się na nich.

Ona jednak nie była kierowcą Hondy. W momencie wypadku prowadziła ją jej koleżanka a ta siedziała obok. Po zderzeniu i ucieczce była tak zestresowana, że nie była w stanie jechać. Dała kierownice tej, na która gwizdali by zawróciła do nas. Przez większość czasu tamta dziewczyna w ogóle nie chciała wysiadać.

Widać było, że tamtym ludziom też nic się nie stało. W sumie wypadek okazał się nie groźny. Trochę większa stłuczka co groźnie wyglądała. Jak pisałam, cale szczęście, że doszło do niej w nocy na prawie pustej drodze a nie za dnia w ulicznym sajgonie.

Potem już był tylko spór miedzy naszym kierowcą ta grupa znajomych o to kto zawinił, z którego oczywiście nic nie rozumiałam. O. co podsłuchał mi tłumaczył ale staliśmy z boku. Postanowiliśmy zostawić ta kłótnie im i w ogóle nie odpowiadać co dokładnie widzieliśmy dopóki nas nie zapytają. Nie chcieliśmy by nasz kierowca miał jakieś kłopoty. Milczeliśmy i tak zostało. Nikt nam zresztą nie kazał zeznawać. Jedynie sami między sobą analizowaliśmy jak to się stało. O nawet dociekł kto zawinił ale bezpieczniej było nie mówić puki ta sprawa się nie skończy i puki nie wrócimy do domu.

A trwało to godzinami. To cale czekanie co dalej. Okropnie chciało mi się spać i sikać. Jedyne co mogłam to przysnąć na moment w rozbitym samochodzie ale sikać to nie ma gdzie pójść. Byliśmy w nocy na środku ronda otoczeni obcymi ulicznymi arabskimi facetami. Tą noc na pewno zawalę. Mogłam przynajmniej  cieszyć się, że jesteśmy cali. Jednak mając obolały pęcherz.

Przyjechał policjant w mundurze. Spisał ich tylko, niewiele pogadał i pojechał. Nie sprawdził nikogo alkomatem. Marokańczycy pić nie mogą. Podobno nawet nie planowali oglądać nagrania z kamery. 

Później pojawiło się jeszcze dwóch facetów. Tak naprawdę byli to policjanci ubrani po cywilu. Oni dochodzili całej sprawy. Raczej przyszli niekoniecznie, żeby ją rozwikłać ale prędzej po… łapówki. Chyba rzeczywiście na niej będzie finał, bo w Maroku to jest normalne niczym opłata skarbowa.

Po 2 godz dyskusji, kłótni, przepychanek, uczestników wypadku, policjantów i świadków wreszcie coś się zadziało. Idziemy na komisariat. Był niedaleko. A jaki ten komisariat był? Zwykle mieszkanie w zapyziałej kamienicy. Całe szczęście, że był w niej chociaż kibel. Czym prędzej skorzystałam.

Na przesłuchanie zaprosili tylko naszego kierowcę i właścicielkę Hondy. Na nas i tamtych ludzi wcale nie zwracali uwagi. Zostaliśmy na zewnątrz słuchając podniesionych głosów wydobywających się z okna. Ponieważ to noc więc było ich słychać na całym placu przed budynkiem. Wciąż nie wiadomo, kto zawinił ale nikt też nie chciał się przyznać. To również ciągnęło się w nieskończoność. Przed nami kolejne 2 godzinne czekanie. Już nie zwracałam uwagi która to była godzina.

Aby ten czas jakoś upłynął rozmawialiśmy sobie z innym policjantem o życiu w Casablance, tzn O. gadał i tłumaczył, bo ja nie znałam z nim żadnego wspólnego języka. 

Zrobiliśmy sobie też pogawędkę ze znajomymi dziewczyny z Hondy, czyli chłopakiem i dwoma dziewczynami (choć wszyscy mogli też być rodzeństwem lub kuzynami). Pytaliśmy się czy z nimi wszystko w porządku. Raczej tak, bo teraz gadali ze spokojem i żartowali jak nigdy nic. Rozpoznali, ze jestem cudzoziemką. Próbowaliśmy gadać po angielsku. Opowiedziałam im moje wrażenia z tutejszego ruchu drogowego i sposobu jak ludzie tutaj jeżdżą. Nie ważne czy w dzień czy w nocy, doprowadziło to do tego co się stało.

Welcome to Morocco – odpowiedziała mi jedna z dziewczyn z lekkim sarkazmem.

Miałam wypadek samochodowy w Casablance


A ci wszyscy faceci z ulicy? Jest sensacja to oni dalej idą za nią. Nie mieli nic do tego a jednak podeszli za nami pod komisariat. Siedzieli gdzieś na placu czekając aż winni wyjdą i wszystko się wyjaśni. Rzeczywiście, chyba za bardzo im się nudzi lub nie chce spać.

Sprawa zakończyła się tak, że nasz kierowca i ta dziewczyna podali sobie ręce na zgodę. Z tego w co wierzę to raczej kopertę policjantowi aby zaakceptował układ do jakiego doszło i nie szukał winy w stronie co winna była naprawdę.

Normalnie ten co zawinił powinien swym ubezpieczeniem pokryć szkody. Przyjęli tak, że oboje po równo pokryją go ze swoich ubezpieczeń.

A jak do tego doszło to my z O. już byliśmy pewni. Obserwując ich kłótnię dziewczyna mówiła z większym spokojem dokładnie opisując jak to było. Natomiast nasz kierowca był bardziej nerwowy, wchodził jej w słowo, mieszał fakty. 

Potem w domu zrobiliśmy symulację naszego wypadku jeżdżąc po stole telefonami. Zderzyliśmy je ze sobą tak jak zderzyły się nasze auta. Telefon co był naszym Golfem okręcił się dokładnie tak samo i w tym samym kierunku jak auto w rzeczywistości.

Nie było wątpliwości, że to… nasz samochód spowodował wypadek. 

Wina była po naszej stronie. Tamta dziewczyna jechała przepisowo. Ruszając na światłach kierowca zamiast jechać prosto zrobił ostry zryw na lewo nie wiadomo po co. Możliwe, że dla szpanu. Uderzył o Hondę, odbił się od niej, zakręcił w kółko i wylądował pod drugiej stronie ulicy na lampie.

Powrót do domu także był pełny emocji. Cieszyłam się jednak, że nareszcie. Po naszego Golfa zamiast normalnej lawety podjechał mały, stary samochodzik z hakiem na tyle w którym było dwóch facetów. Zaczepili nasze auto hakiem za przód i ciągnęli przez całą Casablankę. My wsiedliśmy do środka a jeden z facetów za kierownicę aby nas prowadzić za tym, który nas ciągnie na haku.

Golf miał zmiażdżone jedno koło. To tak jakby go nie było, choć słychać było jego karpiowate klapanie po asfalcie. Dlatego bujaliśmy się na wszystkie strony zwłaszcza na zakrętach. Miałam wrażenie, że zaraz się przewrócimy i nie czułam się tam pewnie, mimo, że nie jechaliśmy szybko.

Na szczęście nas dowieźli. Bujanie to wina naszego samochodu i zrobić się z tym nic nie dało a nie tych panów. Jak na Marokańczyków, nie szarżowali, jechali ostrożnie i co najważniejsze, bezpiecznie nas dowieźli.

Kierowca Golfa miał i tak przed sobą dużo spraw. Wyjaśnienie rozbicia służbowego samochodu i ubezpieczenie siebie, odszkodowanie dla tamtej dziewczyny i naprawę jej Hondy oraz dla pasażerów, czyli nas. Myślałam, że jeszcze okaże się to konieczne.

Cały czas wsłuchiwałam się w swoje ciało. Sprawdzałam czy nic mnie nie boli, czy mogę swobodnie kręcić głową. Pewne urazy wychodzą po czasie.

Z tego co się dowiedziałam to rodzice zamiast spuścić mu manto za to że narozrabiał to cieszyli się, że syn mimo wszystko wyszedł z tego cało. Pal licho samochód, ważne że nam nic się nie stało.

Następnego dnia miałam wrażenie, że trochę boli mnie szyja. Przypomniałam sobie mój wcześniejszy wypadek, bardzo dawno temu kiedy to byliśmy z rodzicami w Niemczech i podczas ostrego hamowania jakaś furgonetka walnęła nas w tył. Chociaż też nic strasznego nam się nie stało to pamiętam te ogromne zakwasy w szyi, przez które mogłam przechylić głowy bez bólu. Byliśmy nawet z całą rodziną na przeglądzie u lekarza. Mama kazała mi i bratu mówić, że boli byśmy dostali odszkodowanie.

Wspominałam o tym naszemu niefortunnemu kierowcy, że nie jestem pewna czy u mnie wszystko ok, że cały czas się obserwuję. On na to, że jeśli tylko poczuję że coś mi dolega to mam mu zgłosić. On mi opłaci lekarza. W końcu teraz to był jego obowiązek.

Na szczęście był to fałszywy alarm i żaden uraz mi nie wyszedł. Stłuczenie ręku u O. też szybko minęło.

Po latach kierowca Golfa również przypomniał to sobie kiedy rozmawialiśmy. Żałował za to wszystko. Powiedział, że był u ich wschodnich sąsiadów twierdząc, że tam jeżdżą o wiele gorzej niż w Maroku.

Wrzesień. Rok 2017

Wspomnienie tego wypadku wróciło w ułamku sekundy. Jedziemy z O. naszą Toyotą Auris po hiszpańskiej autostradzie pod Malagą. Co chwila mijamy się z samochodem na marokańskich numerach. Choć nie trzeba było patrzeć na numery, by poznać że auto jest marokańskie. Wystarczyło zobaczyć, że… wiezie coś na dachu. Podczas któregoś takiego mijania O. nagle robi ostry skręt. Przez moment zarzuca nami. Kiwamy się parę razy na boki i po chwili samochód się stabilizuje.

W tym momencie poczułam takie szarpnięcie jak na początku wypadku w Casablance. Takie, którego nie powstrzymam. Strach mnie obleciał, tym bardziej, że w foteliku siedział nasz synek.

Los putos Moros! – nawet O. odważył się skierować te rasistowskie wyzwisko do… swoich. Tamci jechali po autostradzie slalomem i pchali się na sąsiednie pasy nie zważając, że ktoś jedzie. O. musiał zrobić unik tylko po to aby się z nimi nie zderzać. Przepraszał, że napędził stresu ale nie było innego wyboru.

Nie przekonamy wszystkich kierowców, a tym bardziej tych z krajów z sajgonem na drogach, że przepisów drogowych należy przestrzegać. Ale oni muszą zrozumieć, że one nas nie ograniczają tylko dają nam bezpieczeństwo. 

No dobra, u Marokańczyków islam zabrania picia alkoholu, bo jest szkodliwy. Ale w niektórych sytuacjach może być nawet śmiertelny, których powinien być bardziej zakazany niż jest w innych. 

A ci kierowcy, co lubią szarżować niech wyobrażą sobie ta siłę uderzenia, po której w najlepszym wypadku utkwimy na kilka godzin przy rozbitym aucie, wyczerpani z pełnym pęcherzem. Przeżyjemy mrożącą w żyłach krew przygodę. A w najgorszym… szpital, ból a nawet…. krach i nie ma człowieka. 

Nie licz na jakieś cuda z nieba, które będą prowadzić za ciebie. Nie myśl, że pewność siebie ci wystarczy. Strzeżonego pan Bóg strzeże.

Przez własną głupotę i niestety, nawet jak bardzo jesteśmy ostrożni – przez cudzą, może komuś zostać odebrany ukochany członek rodziny. 

Kiedy już się złamie jakiś przepis, świadomie czy niechcący, wszystko co się stanie potem, od momentu pierwszego uderzenia będzie jedynie przypadkiem, niekontrolowanym zbiegiem okoliczności, tego co rozpędzony pojazd spotka na swej drodze, gdzie nie każdemu będzie dane mieć tyle szczęścia co nam.

Wiesz kto według mnie miał najwięcej szczęścia tamtej feralnej nocy w Casablance. Zdecydowanie ci, którzy być może mieli po drodze przejść przez tą ulicę, przez którą nas przerzuciło. A jednak nie przeszli. Nie przechodził nikt.

Zdjęcia: Dorkita

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Disqus - Kuskus, czyli Zapraszam na Feedback ;)